piątek, 21 kwietnia 2017

Jestem na diecie, ćwiczę, a nie mogę schudnąć - czyli cała prawa o insulinooporności.

Specjalnie dla Was udostępniam fragment mojego artykułu dla magazynu SHAPE :)

Przestrzegasz diety, ćwiczysz, lecz nie możesz schudnąć? To typowe objawy insulinooporności. Problem jest równie poważny, jak jego nazwa. Ale po przeczytaniu tego artykułu będziesz już wiedziała, jak go rozwiązać.


Zanim wytłumaczę czym jest insulinooporność, powinnaś wiedzieć o roli insuliny w naszym organizmie. Jest to bardzo ważny hormon, odpowiedzialny za stabilizację poziomu cukru we krwi. Jej zadanie polega na transporcie glukozy do komórek zarówno tych mięśniowych jak i tłuszczowych. To właśnie insulina sprawia, że mięśnie i wątroba są w stanie przechować nadmiar glukozy w postaci glikogenu.

Kiedy nasz organizm wydziela insulinę?
Przede wszystkim wtedy gdy spożywamy pokarm zawierający węglowodany. Mogą to być produkty zbożowe, nabiał (cukier mleczny - laktoza), owoce (fruktoza), warzywa z większą zawartością węglowodanów (ziemniaki, marchew, dynia, burak, warzywa strączkowe) i wszystkie inne produkty z cukrem w swoim składzie. Bez względu na to czy są to węglowodany proste czy złożone - zawsze dojdzie do wytworzenia insuliny. 
Nie byłoby problemu gdyby spożycie tych węglowodanów było zgrane w czasie z wymagającym dla naszego organizmu momentem jak np. trening. Wtedy insulina wyrządziłaby zdecydowanie więcej pożytku niż szkody. Gorzej gdy spożywamy węglowodany w każdym posiłku, bez zbędnego wydatku energetycznego np. siedząc 8 godzin w pracy. 

Co się wtedy dzieje?
Insulina odtransportuje nadwyżki energetyczne do komórek tłuszczowych tzw. adipocytów. 
Mówiąc prościej - tyjemy. 
Gdy spożywamy 5 posiłków dziennie, co więcej w każdym znajdują się węglowodany, trzustka jest nieustannie stymulowana do wyrzutu insuliny. 

Problem ten nie dotyka wyłącznie osób, które jedzą codziennie kilogram ciastek czy tabliczkę czekolady po każdym obiedzie. Niestety, nawet gdy myślimy, że jemy zdrowo i nie mamy problemu z nadwagą ani otyłością, insulinooporność może nas dotyczyć. Wystarczy niewinny i tylko z pozoru zdrowy jadłospis. Insulinooporność nie rozwija się z dnia na dzień. Czasami jest to kilka/kilkadziesiąt lat nieprawidłowej diety.

Zanalizujmy sobie jakby się wydawało ‚zdrowe’ menu.
1 śniadanie - płatki owsiane z mlekiem 1,5% i owocami suszonymi 
2 śniadanie - kanapki z żytniego pieczywa, z masłem, szynką i ogórkiem
Obiad - makaron pełnoziarnisty z mięsem mielonym i sosem pomidorowym
Podwieczorek - banan
Kolacja - kanapki z żytniego pieczywa i serek wiejski light

Co jest nie tak z tym jadłospisem? 
Okazuje się, że w każdym z tych posiłków mamy do czynienia z węglowodanami w różnych postaciach. Większość tego menu stanowią produkty zbożowe oraz nabiał, który wbrew powszechnemu mniemaniu w większości składa się z węglowodanów, a nie białka. Każdy z tych posiłków będzie wpływał na wytwarzanie insuliny. 

Czym to grozi? 
Dochodzi do wahań poziomu cukru w organizmie (czujemy się wtedy ospałe, zmęczone, rozdrażnione i… głodne), wydzielają się prozapalne cytokiny oraz wytwarza się więcej kortyzolu - hormonu stresu. Jednym słowem - skutecznie blokujemy sobie proces odchudzania. Gdy insulina jest stale podwyższona, hormon ‚spalający’ tkankę tłuszczową przestaje być aktywny! Z czasem nasze komórki przestają być wrażliwe na działanie insuliny. Dochodzi do zjawiska jakim jest insulinooporność. To  tak jakby insulina była pięścią, która puka do drzwi (komórek naszego ciała). Na początku pukanie jest głośne i wyraźne, ale po pewnym czasie przestajemy zwracać na nie uwagę, dźwięk staje się dużo słabszy. Dlatego organizm produkuje jeszcze więcej insuliny –a komórki naszego ciała przestają na nią reagować. W efekcie komórki nie są zaopatrywane w glukozę (nie jest ona transportowana do ich wnętrza). Cząsteczki cukru krążą nadal we krwi pobudzając organizm do kolejnej produkcji insuliny. W ten właśnie sposób organizm ostatecznie wytwarza zbyt dużo insuliny i rozwija się hiperinsulinizm. Dochodzi do tzw. „błędnego koła”, gdyż hiperinsulinizm wtórnie zwiększa insulinooporność tkanek. Stale podwyższony poziom glukozy we krwi, który będzie utrzymywał się dłużej sprzyja wystąpienie cukrzycy typu drugiego wraz z wszystkimi negatywnymi konsekwencjami zdrowotnymi. 

Czy masz problem z insulinoopornością? Zobacz na listę objawów, które mogłyby Cię zaniepokoić:
• częste uczucie zmęczenia
• permanentny brak energii
• potrzeba kawy aby rozpocząć dzień
• trudności w koncentracji
• wzrost wagi bez wyraźnego powodu
• potrzeba częstego podjadania
• uczucie senności, w szczególności po posiłku
• dysproporcje w budowie sylwetki (duże ramiona, wystający brzuch)
• trudności w budowaniu masy mięśniowej, tzw. wiotkie ciało
• towarzyszące problemy zdrowotne takie jak niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników
• zachcianki na słodkie lub na pieczywo

Jakie badania wykonać?

Nie wystarczy określić krzywą cukrzycową (polega na zmierzeniu zawartości glukozy we krwi na czczo oraz po spożyciu glukozy, zwykle w płynie). Dodatkowo należy wykonać badanie tzw. krzywej insulinowej – polega na sprawdzeniu poziomu tego hormonu na czczo oraz po spożyciu glukozy. Krzywa powinna być co najmniej 4-punktowa, co oznacza, że krew do badania jest pobierana czterokrotnie: po pół godzinie, jednej godzinie, dwóch, i trzech godzinach od wypicia płynu zawierającego 75g glukozy. Niestety, badanie w takim zakresie nie jest refundowane przez NFZ, musisz zapłacić za nie z własnej kieszeni (koszt ok. 140-180zł). Najlepiej wybierz się do specjalisty (internista, diabetolog, dietetyk lub endokrynolog), który ma doświadczenie w diagnostyce i leczeniu insulinooporności i w związku właściwie zinterpretuje uzyskane wyniki.



Insulinooporność - jak z nią walczyć?

Mam dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że walka z insulinoopornością jest długa i wymaga nieco cierpliwości. Dobra jest taka, że zwycięstwo jest możliwe! Odpowiednia dieta, suplementacja i właściwy styl życia w walce z insulinoopornośicą potrafią czynić cuda.

1. Po pierwsze - skup się na produktach, które nie podnoszą gwałtownie poziomu insuliny. To w dużej mierze warzywa niskoskrobiowe (takie jak na przykład: sałata, pomidor, ogórki, cukinia, papryka, seler, pietruszka, rzodkiew, kapusta, kalafior, brokuł, cebula, por, czosnek, dynia, kabaczek, botwina, szpinak, natka pietruszki, zioła, kiełki), owoce o niższej zawartości węglowodanów (na przykład jabłka, grejpfruty, gruszki, kiwi, mandarynki, porzeczka, wiśnie, jagody, truskawki, ograniczaj z kolei jedzenie bananów, winogron i suszonych owoców), dobre źródła tłuszczu (olej kokosowy, oliwa z oliwek, olej sezamowy, awokado oraz – w umiarkowanych ilościach – orzechy i pestki), dobrej jakości mięso, jaja i ryby. 

2. Czego unikać? W Twojej diecie nie powinny znaleźć się produkty przetworzone, zboża glutenowe, nabiał czy warzywa strączkowe. Soki owocowe (nawet te świeżo wyciskane!) to w przypadku insulinooporności niezbyt dobry pomysł. Skoncentrowana fruktoza nie jest nam potrzebna. Unikaj również wszelkich stymulantów (napoje energetyczne, kawa, alkohol). Pożegnaj się z gumą do żucia (jako źródło sztucznych słodzików może powodować wyrzuty insuliny). 

3. Ograniczenie węglowodanów? Tak. Całkowita eliminacja węglowodanów z diety? Nie! Na pierwszym etapie diety warto je ograniczyć nawet do 50g na dobę (to oznacza, że możesz zjeść np. 2 jabłka lub 70g ryżu białego (basmati) lub jaglankę (60g płatków jaglanych z łyżeczką miodu) lub 3 ziemniaki), jednak po 2-3 miesiącach powinnaś zwiększyć ich ilość do minimum 150g. W ten sposób nie dopuścisz do zaburzenia pracy tarczycy i nadnerczy.  

Zbyt mała ilość węglowodanów zwłaszcza w przypadku gdy jesteśmy aktywni = katastrofa. Stres organizmu wywołany glukoneogenezą, wyrzut kortyzolu, znowu cukier w górę, insulina w górę i koło się zamyka. /Wyjątek stanowi odpowiednio dobrana dieta ketogeniczna/

4. Jak się zabezpieczyć? Spożywać węglowodany, ale… im później tym lepiej! Nie spożywaj ich na śniadanie, ani na kolejny posiłek. Najbezpieczniejszym sposobem będzie węglowodanowa kolacja! Wyrzut insuliny wieczorem nie będzie takim problemem - wtedy możemy pozwolić sobie na senność w końcu przygotowujemy organizm do snu. Przykład idealnej kolacji? Węglowodany w połączeniu z tłuszczem (tym samym opóźnisz ich wchłanianie) - może to być smoothie z mrożonych malin i mleka kokosowego lub sałatka owocowa z awokado. Inspiracje na zdrowe i pyszne posiłki znajdziesz TUTAJ

5. Nie jedz zbyt często. Pięć posiłków dziennie co trzy godziny nie jest dobrym pomysłem. Daj swojemu organizmowi szansę i czas, aby skorzystał z zapasów tkanki tłuszczowej i uwrażliwił się na działanie insuliny. Dlatego trzy, cztery posiłki dziennie, co około 4 godziny będą świetnym wyborem.

6. Suplementacja? Dobrana indywidualnie. Warto przemyśleć wprowadzenie kwasów tłuszczowych omega -3, R-ALA, kompleksu witamin z grupy B (najlepiej zmetylowany), TMG, witaminy D3 z witaminą K2, dobrych probiotyków oraz magnezu. Jakie skutki to przyniesie? Poprawa samopoczucia, większy poziom energii, odżywienie organizmu i poprawa wrażliwości insulinowej. 
Wydaje ci się, że taka ilość pigułek to przesada? Uwierz mi, że w przypadku insulinooporności organizm potrzebuje prawdziwego wsparcia. W tym celu możesz również sięgnąć po naturalne środki – jak najczęściej używaj w kuchni cynamonu, kurkumy, imbiru i korzenia maca. Związki te odżywią Twój organizm, dodadzą Ci energii, obniżą stan zapalny, unormują poziom glukozy i przede wszystkim wspomogą walkę z insulinoopornością.

7. Jaka aktywność fizyczna sprawdzi się w przypadku insulinooporności? Krótka i intensywna. Ten typ aktywności uwrażliwi komórki na insulinę. Cardio o małej intensywności będzie znacznie gorszym wyborem i może nasilać problem. Postaw na krótkie i intensywne wysiłki - tabata, interwały. Nie jesteś fanką tego typu treningów? W przypadku insulinooporności świetnie sprawdzi się również…joga!  

8. Jednak pamiętaj, że ćwiczenia i dieta to nie wszystko. Weź pod lupę również swoją ilość snu oraz stres. Stres dla organizmu może przyjmować różne wymiary - to nie tylko zły szef w pracy i stresujące relacje z innymi, ale również przetrenowanie, niedosypianie, chore jelita, brak kontaktu z naturą czy przestymulowanie urządzeniami takimi jak telefony i komputery. Eliminuj jak najwięcej stresorów, a Twoje zdrowie Ci za to podziękuje. 



UWAGA! W początkowym okresie diety eliminacja przetworzonych węglowodanów może objawiać się rozdrażnieniem, brakiem energii i sennością. To tzw. efekt odstawienia. Po ok 3-6 tygodniach organizm odejdzie od glukozy jako preferowanego źródła energii, przestawi się na tory spalania tkanki tłuszczowej i poczujesz się dużo lepiej. A do tego w końcu zaczniesz spalać tłuszcz.


Walka z insulinoopornością jest długa i mozolna, ale co najważniejsze - możliwa!

piątek, 13 stycznia 2017

Jak czytać ETYKIETY produktów? Poznaj 10 prostych zasad!


Myślisz, że to kalorie są Twoim wrogiem? A czytasz etykiety produktów, które kupujesz? Zwracasz uwagę na wszystkie barwniki, substancje konserwujące i dodatek cukru (pod różną nazwą)? Nie? Zacznij! 👌

Pamiętaj, że każdy chemiczny dodatek może niekorzystnie wpływać nie tylko na Twoją sylwetkę, ale przede wszystkim na samopoczucie i zdrowie. 

Wczoraj odwiedziła mnie ekipa telewizyjna. Zostałam poproszona o wyrażenie swojego zdania na temat czytania etykiet produktów spożywczych na potrzeby reportażu ,,Czy wiemy, co jemy?''. 


Wchodząc do sklepu mam swój sprawdzony schemat postępowania. Chętnie podzielę się z Wami zasadami, którymi kieruję się oglądając produkt.

Oto 10 zasad, jak czytać etykiety produktów spożywczych: 

 
➡️ Nie czytaj tylko frontu opakowania /tam producent lubi pisać mnóstwo chwytliwych haseł reklamowych, ostatnio prezentowałam Wam skład Sunbites ze szczypiorkiem bez szczypiorku ;);)), ale przede wszystkim TYŁ- zawsze zaglądaj w skład.

➡️ Im KRÓTSZA lista składników tym lepiej (jeśli ciągnie się ona w nieskończoność mamy pewność, że jest to produkt przetworzony)

➡️ TERMIN przydatności do spożycia, który powie nam więcej niż tylko o świeżości produktu. Jeśli produkt jest datowany na rok 2020 zostaw go lepiej na półce.

➡️ Unikaj produktów z TABLICĄ MENDELEJEWA w składzie (jeśli są tam nazwy, które nawet ciężko wymówić- odpuść sobie).

➡️Jeśli ktoś z Was liczy kalorie i makroskładniki (jak wiecie ja tego nie robię) warto sprawdzać TABELE dostępne na opakowaniach. Ale uwaga! Porównując dwa produkty pod kątem zawartości kcal, białka, węglowodanów czy tłuszczu patrzcie na 100g produktu, a nie na porcje (mogą być one różne)




➡️ Osoby z nietolerancją - zwracajcie uwagę na informacje o potencjalnych ALERGENACH! Przykładowo - o ile śladowe ilości nie powinny zaszkodzić osobom z nieceliakalną nadwrażliwością na gluten, o tyle w chorobie trzewnej takie produkty będą już przeciwwskazane.

➡️ Omijaj szerokim łukiem PRODUKTY TYPU LIGHT, fit, 0, niskotłuszczowe itp itd (moje doświadczenie podpowiada, że zazwyczaj w tych produktach obniżono tłuszcz na korzyść węglowodanów i to z takich źródeł jak aspartam, acesulfam, syrop glukoozowo-fruktozowy itd)

➡️ Widzisz produkt znany Ci z reklam? Podchodź do niego OSTROŻNIE. To, że produkt jest wszędzie promowany nie oznacza, że trzeba mu bezgranicznie ufać. /Nawet jak jest reklamowany jako najzdrowszy pomysł na śniadanie dla Twojego dziecka/. Właśnie do takich produktów podchodź z dystansem! W końcu to co dobre, nie musi się reklamować :):) Po drugie produkty, które widzimy w telewizji są często droższe… Poszukaj na tej samej półce zamienników. Nierzadko okaże się, że raz - będą tańsze, dwa - będą miały lepszy skład.

➡️ Przeliczaj CUKIER. Warto zerknąć w tabelce ile węglowodanów przypada na 100g produktu. Zachęcam, aby zobrazować sobie tą ilość na łyżeczkę cukru. W uproszczeniu 1 łyżeczka cukru to około 4 g węglowodanów. Zerknij ile łyżeczek cukru znajduje się w produkcie, który planujesz zakupić. Zdarza się, że z pozoru zdrowe produkty są tak naprawdę bombą cukrową! Dotyczy to często płatków śniadaniowych, jogurtów owocowych czy wód smakowych. Więcej o takich produktach mówiłam podczas nagrywania materiału na YT (,Tych produktów nie kupuj swojemu dziecku'): https://www.youtube.com/watch?v=eAWhRCmb0pM

➡️Ostatnia zasada. Czytaj etykiety. Zawsze. W dzisiejszych czasach nic nie jest pewne. Mięso potrafi mieć skład, musztarda cukier, a syrop malinowy 0% malin. Zasada OGRANICZONEGO ZAUFANIA na zakupach wyjdzie Ci na zdrowie!👍

Chemia? Tylko na lekcji w szkole! Teraz już możesz ją wyeliminować! :) 
Mam nadzieję, że z moimi zasadami będzie Ci dużo łatwiej! 



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Energetyki - czy naprawdę warto? Pobudzenie, a może spadek energii?

Chemia w puszce czyli NAPOJE ENERGETYCZNE!


Czy da się zdać sesję bez kilku puszek energetyków?
Czy można jechać w długą trasę samochodem bez „napoju mocy”??
Czy możliwe jest utrzymanie stałego poziomu energii podczas dnia bez sięgania po kolejną puszkę ENERGY DRINK’a? 

DLACZEGO w ogóle sięgamy po napoje energetyczne?
Aby pobudzić się, zlikwidować uczucie zmęczenia, poprawić zdolność koncentracji i pamięci do uczenia się. Jakiej substancji przypisuje się takie działanie? Oczywiście KOFEINIE!
No to w czym problem?? Przecież udowodniono korzystny wpływ kofeiny na organizm człowieka!

Zadajmy sobie pytanie. Czy skład energetyków kończy się na kofeinie, taurynie czy guaranie?
Niestety nie…
Zajrzyjmy w skład pierwszego z brzegu energetyka (nie będziemy tu rzucać nazwami, ale koloru czarnego;)) :
woda, CUKIER, REGULATORY KWASOWOŚCI: kwas cytrynowy i cytrynian sodu; dwutlenek węgla, tauryna (0,4%), AROMAT, kofeina (0,03%), BARWINIKI: E 150d, ryboflawina; witaminy: niacyna, kwas pantotenowy, witamina B6, witamina B12.

Nie potrzeba być wielkim dietetykiem, aby zauważyć, że z naturą i zdrowiem taki napój nie ma zbyt wiele wspólnego…
Ale zaraz! Przecież są WITAMINY!
Czy zatem po wypiciu współczesnego „napoju Panoramixa” będziemy jak ASTERIX? ;)
Producenci stają na głowie, aby uśpić naszą czujność…
Robią co mogą, żeby odwrócić naszą uwagę - FORTYFIKUJĄ produkt ‚witaminami’. Szkoda tylko, że nie mają obowiązku nadmienić, że są to witaminy w formie SYNTETYCZNEJ… Szkoda, że nie mają obowiązku wspomnieć o wchłanialności takich witamin…

Jeśli to wszystko nadal Cię nie przekonuje do zaprzestania picia napojów energetycznych, a wyniki badań na temat negatywnego wpływu systematycznie spożywanych energetyków na organizm człowieka Cię nie interesują to może porozmawiamy o… CUKRZE :)
Zobrazowanie jego ilości zawsze przemawia do wyobraźni :) 

W 100ml wspomnianego napoju energetycznego znajdziemy 10,3g cukru, co na 250ml da nam ilość 26g. Czyli… 
JEDNA PUSZKA napoju energetycznego to równowartość 6,5 ŁYŻECZEK CUKRU!! 


Czy ktoś o zdrowych zmysłach wsypuje do szklanki z wodą ponad 6 łyżeczek cukru, miesza i wypija???
A puszkę napojów energetycznych wypijamy…

Ok. To co zamiast energetyka?
Przede wszystkim ODPOWIEDNIA ILOŚĆ SNU przed planowaną nauką czy podróżą. Nawet najlepszy i najdroższy produkt czy suplement nie jest w stanie nam tego zastąpić!
Warto również zadbać o ODPOWIEDNIE ŻYWIENIE - ograniczajmy produkty bogate w cukry proste, które po gwałtownym wzroście poziomu glukozy doprowadzą do równie szybkiego spadku podczas którego odczujemy zmęczenie, ospałość i … ochotę na słodkie!

No dobra, ale co zrobić jak znajdziemy się w sytuacji podbramkowej i naprawdę TU I TERAZ potrzebujemy pobudzenia???
Zdecydowanie lepszym wyborem będzie KAWA!
Zwykła czarna, bez mleka, bez słodzików.
Zdecydowanie lepiej spełni swoje zadanie!


W energetykach kofeina występuje w postaci WOLNEJ, co oznacza: szybkie wchłanianie, szybkie działanie i … szybkie TRACENIE mocy.
A kawa? Tam kofeina występuje w towarzystwie innych, naturalnych składników przez co wchłanianie jest może wolniejsze, ale za to gwarantuje POBUDZENIE NA DŁUŻEJ! :)

Ponadto kawa nie dostarczy nam sztucznych barwników, substancji konserwujących, aromatów oraz takich ilości cukru i pustych kalorii co napoje energetyczne…

Norwegia i Dania rozpoczęły już walkę z energetykami.
U nas spożycie ‚energy drinków’ jest niestety wciąż bardzo WYSOKIE :(
Co gorsza na ulicach widzi się coraz więcej młodzieży, a nawet DZIECI z puszką (lub butelką!!) energetyka w ręku…


Nie bądźmy wobec tego OBOJĘTNI!
Edukujmy, udostępniajmy, uświadamiajmy!!!!!
#STOPenergetykom
#PodajDalej

środa, 12 października 2016

7 żywieniowych powodów, dla których można pokochać Izrael !

Decyzja o wyjeździe do Ziemi Świętej była jedną z najlepszych w moim życiu!
Jestem z powrotem.
Z cudownymi wspomnieniami, odpowiednio ułożonymi priorytetami i nowymi pokładami energii :)

IZRAEL - dlaczego warto choć raz w życiu odwiedzić to Państwo?? 

Ulice TĘTNIĄCE ŻYCIEM, odgłosy wszystkich języków świata, wyznawcy najróżniejszych religii modlący się w jednym miejscu do swoich BOGÓW, krzyki, śmiechy, wspólne śpiewy, uzbrojeni policjanci czuwający na ulicach, dzieci biegające między nogami przechodniów, mnóstwo samochodów w kolorze… białym (minimalizującym skutki grzejącego słońca) :)
Z jednej strony brudne osiedlowe uliczki, z drugiej strony ubrani w perfekcyjnie czyste i wyprasowane koszule ortodoksyjni Żydzi.
Miasta przemyślane architektonicznie, widoki zapierające dech w piersiach, bazary uginające się pod ciężarem orientalnych chust i ubrań.


Zaczepiający na każdym kroku sprzedawcy, niekończące się negocjowanie cen, targi przepełnione warzywami i owocami, których nazw nawet nie znam, unoszący się zapach kurkumy, imbiru i innych charakterystycznych przypraw, rosnące na drzewach pomarańcze, banany i daktyle.

Błotne kąpiele w morzu martwym, eksponowanie ciała na działanie promieni słonecznych (witaminy D3 nigdy zbyt wiele;)), relaks dla ciała i dla duszy, pielgrzymi przybywający z całego świata i przede wszystkim możliwość przebywania w miejscach, w których żył sam Jezus. 
To zaledwie skrawek moich przemyśleń i wspomnień z Ziemi Świętej. 



Jednak domyślam się, że odwiedzacie moją stronę nie po to, aby czytać o moich duchowych i kulturowych doświadczeniach.
Zatem oszczędzę Wam zanudzania i przejdę do rzeczy ;)
Będzie oczywiście o... jedzeniu! :))
Kuchnia Izraelska jest wyjątkowa pod wieloma względami. Łączy w sobie elementy kuchni arabskiej, tureckiej śródziemnomorskiej,a nawet ... kuchni Dalekiego Wschodu.
O pysznościach, w których się zakochałam w Izraelu mogłabym pisać godzinami.
Specjalnie dla Was wybrałam 7 żywieniowych powodów, dla których można pokochać Izrael!



1. Sok ze świeżych granatów - mimo, że nie jestem fanką picia soków owocowych, widząc jak na moich oczach tubylcy wyciskają apetycznie wyglądające granaty, po prostu nie mogłam się oprzeć! Ten smak na zawsze będzie kojarzył mi się z Izraelem. 


2. Oczywiście - hummus! Jak człowiek chodź raz w życiu spróbuje prawdziwego hummusu według oryginalnej receptury, już nigdy nie zakupi gotowca z Lidla. Tutaj popularny w połączeniu z pitą, u mnie spożywany w towarzystwie warzyw. Tutejszy hummus po prostu skradł moje serce. 


3. Oliwki. Zawsze zajadam się nimi będąc we Włoszech oraz Grecji. Tutejsze również mnie nie zawiodły! Całe mnóstwo różnych gatunków, czarne, zielone, czerwone, koniecznie z pestką w środku. Na górze oliwnej miałam możliwość podziwiać oliwki rosnące na drzewach. Jedno z nich zasadził sam Papież Franciszek! :) Oliwki stanowią świetne uzupełnienie do sałatki, ale mi najlepiej smakują wyjadane palcami z miseczki. 


4. Falafele. Jak wiecie od niedawna zmieniłam swój stosunek do mięsa. Pisałam o tym w poprzednim poście. Podczas pobytu w Izraelu spróbowałam jedynie baraniny. Gdy nie miałam ochoty na mięso świetną alternatywą okazał się falafel! Co to jest? Wegetariański kotlet, którego podstawę stanowi ciecierzyca. Ze względu na smażenie w głębokim tłuszczu (i nie był to zapewne olej kokosowy :P) nie zdecydowałabym się na spożywanie takich falafeli codzienne. Zwłaszcza, że zbyt częste spożywanie strączków też nie będzie korzystne dla naszego zdrowia (odsyłam do artykułu na blogu - ‚kwas fitynowy’). Ale przyznam, że Izrael rozniecił moją miłość do tego smaku - jak dopadnę gdzieś te pyszności w menu dobrej restauracji nie omieszkam zamówić:) Planuję też przyrządzić falafele domowej roboty :) Może macie jakiś dobry przepis?


5. Przyprawy. Zatar. Kurkuma. Imbir. Kardamon. Curry. Kolendra. Cynamon. Przeciwnicy kuchni izraelskiej mogą zarzucić jej wiele, ale na pewno nie to, że jest jałowa! Tutejsze przyprawy stanowią istną wisienkę na torcie każdego dania. Nie omieszkałam wydać na nie swoich ostatnich dolarów;) Jednak walory smakowe to nie wszystko!
Zioła i przyprawy to nieocenione "lekarstwa" dostępne w naszej kuchni. 
Nazywam je zawsze - domową apteczką :) Spożyję je i dla smaku i dla zdrowia!


6. Słodkości. Te mniej i bardziej zdrowe ;) Z takim asortymentem przepysznych świeżych oraz suszonych owoców człowiek może zapomnieć o tym czym są słodycze.Nic tak nie smakuje jak banany czy daktyle prosto z drzewa! Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka :) A co z słodkościami mniej zdrowymi? Będąc w malutkiej restauracji prowadzonej z sercem przez ojca z synami nie omieszkałam skusić się na domowej roboty baklavę. 
To był jeden z żywieniowych grzechów, których bynajmniej nie żałuję. 

      
7. Regionalne dania. 
Izraelczycy zaimponowali mi również śniadaniami. W przeciwieństwie do tego czego doświadczyłam we Włoszech, croissant i espresso nie stanowią tutaj klasycznego rozpoczęcia dnia. 
Popularna jest natomiast Shakshuka - przepis na to danie znajdziecie na mojej grupie Clean Eating: Szakszuka - pyszna i zdrowa
Co ciekawe ten posiłek spełnia założenia śniadania białkowo-tłuszczowego.

Na co dzień nie mam dostępu do dobrej jakości ryb, więc nie jem ich zbyt często. 
Natomiast jak dopadnę się do dobrej rybki ciężko o umiar hihi;) Izrael nie zawiódł również w tym zakresie.
Pasta z pieczonego bakłażanu i sezamu (czyli baba ghanoush) także znalazła się na mojej liście 'do zrobienia' ;) Planuję również własną wersję ‚Tabbouleh’ - zamiast kaszy kuskus/bulgur wykorzystam jaglaną ;) 


Oryginalna kuchnia to tylko jeden z setki powodów, dla których warto wybrać się do Ziemi Świętej. 
Izrael zachwyca swoim smakiem i wyjątkowością. 
Ale nie wierzcie mi na słowo.
Wybierzcie się i przekonajcie na własnej skórze! (a właściwie żołądku;))


poniedziałek, 5 września 2016

Co z tym...mięsem?

Przyznam, że ten post długo się we mnie zbierał… 
Zauważyliście pewne zmiany w moim odżywianiu i pytacie mnie o to… 
Poczułam, że to najwyższa pora, aby opowiedzieć wszystko od początku i wyjaśnić co trzeba:) 
O czym będę dzisiaj pisać? 
O moim obecnym stosunku do MIĘSA. 

Moja droga z odżywianiem zaczęła się na studiach licencjackich i magisterskich z dietetyki.
Wtedy poznałam PIRAMIDĘ ŻYWIENIA, na której opierałam komponowanie swojego jadłospisu. 
I tak w przerwach między zajęciami były kanapki z pełnoziarnistego pieczywa, jogurty odtłuszczone, soczki owocowe, płatki owsiane na mleku 0,5%, pełnoziarnisty makaron itp itd - byłam święcie przekonana, że jem ZDROWO. 
5 posiłków dziennie, co 3 godziny. 
No i śniadanie w ciągu 15 minut od wstania, bo inaczej to przecież ‚niezdrowo’ ;). 
Takie odżywianie NIE przekładało się bynajmniej na efekty sylwetkowe (więcej tkanki tłuszczowej niż teraz), samopoczucie (ospałość cały dzień) ani zdrowie (niedoczynność tarczycy).
Czułam, że jest coś czego jeszcze nie wiem ;) 

Dlatego bardzo chętnie jeździłam po całej Polsce na konferencje, szkolenia, kursy - zwiększając swoje KOMPETENCJE i przede wszystkim…poszerzając własne horyzonty! 
Jestem osobą, która zawsze chętnie wysłucha. 
Nie muszę się z kimś zgadzać, ale mój umysł nigdy nie jest zamknięty na teorie inne niż moja.
To były czasy, w których uczestniczyłam w wieku szkoleniach m.in. Iwony Wierzbickiej czy Kuby Mauricza. Dowiedziałam się m.in. jaki wpływ na nasz organizm ma gluten, laktoza, kazeina czy inne substancje antyodżywcze… Dowiedziałam się, dlaczego dieta promowana przez piramidę żywieniową może wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Poznałam styl odżywiania PALEO/samuraj, za którym sama długo podążałam. 
/Kto nie pamięta na czym polega paleo odsyłam do mojego postu z zeszłego roku - http://bit.ly/odieciepaleo./

Pamiętam, że ciężko mi było to przetrawić wszystkie informacje uzyskiwane na szkoleniach, w końcu były tak różne od wiedzy przekazywanej na uczelni. 
Ale jak zawsze - postanowiłam SPRÓBOWAĆ :)
Jak się czułam na takim odżywianiu? 
Duuużo lepiej :) Zarówno jeśli chodzi o sylwetkę, wyniki badań czy samopoczucie. I co ważne -udało mi się wyprowadzić niedoczynność tarczycy właśnie taką dietą + właściwą suplementacją. 
Generalnie - NIEBO A ZIEMIA, jeśli miałabym przyrównać to odżywianie do piramidy żywieniowej. 
Co było dalej? 

Trochę wstyd mi to pisać, ale przyznam się Wam. 
Nie byłam do końca szczęśliwa jak do mojego gabinetu przychodzili wegetarianie/weganie. Dlaczego? Bałam się, że nie będę w stanie pomóc tak jakbym chciała. Byłam zdania, że nie da się w pełni pokryć ZAPOTRZEBOWANIA na wszystkie składniki odżywcze nie jedząc mięsa. /I tym samym nie uciekając się do odżywek białkowych - z aspartamem, acesulfamem i całą resztą chemii w składzie, ani soi, której fanką nie byłam i nadal nie jestem/.
Teraz powiem, że rzadko osoby, które jedzą mięso nawet kilka razy dziennie mają odpowiedni poziom chociażby witaminy B12 ;)) 

W międzyczasie obserwowałam też na Facebooku wszystkich zagorzałych zwolenników diet BEZMIĘSNYCH. Nie podobało mi się to (i nadal mi się nie podoba! :( ) jak hejtują wszystkie osoby promujące paleo/samuraja. Takie coś mnie jedynie odpychało.
Jednak nadal chętnie zagłębiałam badania naukowe na temat wpływu diet wegańskich/wegetariańskich na organizm człowieka. 
Rozmawiałam też długo z moimi wieloma wege-pacjentami (wbrew pozorom ja jako dietetyk również dużo czerpię od swoich pacjentów! <3 ).   
I jak to ja - testowałam na własnej skórze dużo swoich żywieniowych pomysłów ;) 

Tak jak wspominałam - nigdy nie byłam i NIGDY nie będę zamknięta na jedną teorię, której się kurczowo trzymam. Słucham, dowiaduję się, testuję. 
Nadszedł czas, w którym wpadłam na pomysł 2 tygodniowego DETOKSU, który wykluczał m.in. spożycie produktów mięsnych. Ogłosiłam wydarzenie na całą Polskę, skomponowałam przykładowy jadłospis i jak to ja - testowałam oczywiście na własnej skórze ;) 
/Tutaj znajdziecie link do tego wydarzenia, wszystkie przepisy, porady oraz moje spostrzeżenia i efekty http://bit.ly/14dniowyDETOKS/
Osoby, które śledzą od dłuższego czasu mojego fanpage’a wiedzą jak czułam się po takim ‚,oczyszczaniu’’:)
Dało mi to do myślenia…
Nigdy nie byłam osobą, która je codziennie na śniadanie boczek, na obiad klopsy wieprzowe, na kolację tatar wołowy, w między czasie podgryzając kabanosa drobiowego - jednak mięso było stałym gościem w moim jadłospisie. 

To było pierwsze 14 dni w moim życiu zupełnie bez mięsa. Efekty skłoniły mnie do refleksji… 
To był też czas, gdzie coraz bardziej poznawałam AJURWEDĘ. 
/O swojej przychodzie z ajurwedą pisałam m.in. w tym poście: http://bit.ly/przygodazajurwedą)/
I zauważyłam jak z dnia na dzień, małymi krokami zaczęłam ograniczać mięso w swojej diecie.
Jak jest teraz? 

Nie powiem, że w ogóle nie jem mięsa. Jednak nie robię tego częściej niż 1x w tygodniu.
Czy dlatego, że sobie odmawiam?
Nie. Nie mam na nie ochoty, to nie jem ;) 
Może to zabrzmi zabawnie w ustach 26 latki, ale im jestem starsza tym bardziej potrafię słuchać tego co podpowiada mój organizm. (oczywiście wcześniej odpowiednio oczyszczony od m.in. substancji antyodżywczych, w końcu jedząc pszenną bułkę ma się ochotę na pszenną bułkę)

Jak się teraz odżywam? 
Przyznam, że nieraz dosłownie staję na głowie, aby sprostać swoim wymaganiom żywieniowym ;) Ale przynajmniej mam bodziec, aby ciągle rozwijać się kulinarnie <3
W końcu unikam glutenu, nabiału, ograniczyłam mięso, nadal starając się odpowiednio spożywać węglowodany (okołotreningowo, a nie w każdym posiłku) + w dalszym ciągu przestrzegam założeń śniadań białkowo-tłuszczowych, które się u mnie sprawdzają świetnie (a ze względu na nietolerancję, nie mogę też sobie spożywać jajek każdego dnia ;)). Jednym słowem CYRK na kółkach - jak dobrze, że jestem dietetykiem :D 
/Moje pomysły na dania możecie obserwować niezmiennie na Clean Eating http://bit.ly/CleanEatingByGruszecka /

Czy boję się NIEDOBORÓW? Nie - suplementuję się niezależnie od spożywanych przeze mnie produktów. Z dzisiejszą jakością żywności (niestety :( ) uważam, że to odwaga się nie suplementować… 

Czy boję się zbyt małej ilości BIAŁKA w mojej diecie? Nie. Udało mi się w końcu znaleźć takie, które nie ma chemii w składzie jak większość odżywek na rynku. Stosuję je co jakiś czas jako dodatek do koktajlu lub naleśników. Ale i tak nie robię tego codziennie ;) Nie mam celu budowania masy mięśniowej. I właśnie teraz czuję się lepiej w swoim ciele :):) 

Jak się czuję po takiej zmianie żywieniowej? Hmmmm… przede wszystkim LEKKO! :) Głodna nie chodzę (jak zawsze stosuję duuużo zdrowego tłuszczu), poziom energii dopisuje (na to na pewno nie mogę narzekać), wyniki badań są dobre (nigdy nie miałam tak ładnego TSH, FT3, FT4, antyTPO i antyTG), a samopoczucie świetne! :) 

Kończę już mój wywód. 
I tak jak zawsze wyszło dłużej niż planowała (przepraszam Was, ja po prostu o żywieniu mogłabym pisać godzinami!).
Co bym chciała abyście ZAPAMIĘTALI? 
Nie podążajcie ślepo za żadnymi systemami żywieniowymi czy modnymi dietami. 
Nie namawiam też do tego abyście teraz nagle porzucili mięso. Ja po prostu opowiedziałam Wam o swoich doświadczeniach. Ty możesz mieć zupełnie inne. 
Zachęcam jedynie do nie zamykania się na inne i… próbowania.  
Słuchajcie swojego organizmu. 

TO LEPSZY DORADCA NIŻ NAJLEPSZY DIETETYK ;))